niedziela, 26 października 2014

Sometimes it feels like...

Patrzę na moje żyły.

Są dziwne. Ledwo je widać pod skórą, mimo że ta jest biała i cieniutka, cienka jak pergamin. Żyły mają jakiś dziwny kolor, siny, niezdrowy. Zupełnie inny niż krew która się w nich skrywa.

To wszystko takie dziwne.

Myślę czasem o tym żeby je otworzyć. Nie, nie po to żeby się zabić, absolutnie nie. Po prostu po to żeby zobaczyć jak krew wypływa z nich i formuje przyjemny dla oka kontrast z tymi dziwnie sinymi żyłami i cienką, białą skórą.

Skórą jak z papieru. Moja skóra, papierowa. Moja skóra, cieniuka.

Skupiam się na moim nadgarstku i przyglądam mu się tak mocno, tak uparcie, tak zapalczywie jakby za chwilę coś miało się wydarzyć, jakby moje żyły miały postanowić że wypełzną na wierzch, zupełnie same, bez niczyjej pomocy, i zaczną spływać delikatną czerwienią. Jakby miało stać się coś nieoczekiwanego. Coś czego absolutnie nie mogę przegapić.

Więc wpatruję się w nie.

Znam osoby które się pocięły. W większości były to dzieciaki, głupie nastolatki które w ramach buntu kaleczą się a gdy już trafiają do szpitala, oh, mamusiu, tak cię kocham, tak was przepraszam, nie chciałam, kocham cię, już nigdy się nie powtórzy, tak, oczywiście, wiem że was przetraszyłam, tak mi przykro, kocham cię, kocham.

O nie.

Nie jestem taka. Nie będę pozbawiać się tego co płynie w moich żyłach dla zdobycia chwili ogólnej atencji. A jednak zastanawiam się nad tym w jaki sposób ludzie się tną. Dzieciaki zazwyczaj w poprzek nadgarstka, przecinają zresztą w ogromnej większości przypadków tylko skórę, boją się czegoś więcej. Nie, nie. Żyły powinno się otwierać wzdłóż, tak by wypływało jak najwięcej krwi. Zresztą, jeśli ktoś naprawdę chce się zabić to przecież może przeciąć sobie tętnicę udową, może nawet tą na szyi, wykrwawi się szybko, skutecznie, całkowicie. Raz na zawsze.

Lubię zdecydowanych ludzi. Ci pseudosamobójcy są co najmniej żałośni.

Gładzę się po nadgarstku, podciągam bluzkę i przyglądam się mojej ręce z zaciekawieniem, jakbym widziała ją po raz pierwszy w życiu.

Jest mi tak niedobrze.

Opieram głowę o ścianę i staram się oddychać. Jednak wystarczy jeden głęboki wdech nosem a mój żołądek szarpie się, zrywa i pochylam się w spazmach, choć już nie wymiotuję.

Chyba boli mnie głowa.

Gdzieś z daleka słyszę muzykę. Jest już późno, właściwie to może wcześnie? Może czwarta, piąta rano?

A może jeszcze nie ma północy.

Nie, chyba jednak jest już późno, bo ucichły śmiechy, ktoś włączył psychodelicznego rocka, od czasu do czasu słychać ciche rozmowy, pewnie o czymś ważnym.

Niedobrze mi.

A jednak w jakimś stopniu lubię ten stan. To zmęczenie, szum w uszach, ból całego ciała, nieprzytomność umysłu. Moje ciało nie zareagowało dobrze na oddychanie więc wracam do płytkich, urywanych wdechów, moja pierś prawie się nie unosi, nic nie słychać. Kto wie, może nawet gdyby ktoś podstawił mi lusterko pod nos nie osiadłaby na nim para z oddechu. Zgon. Rozśmieszyła mnie ta myśl. Żyję sobie powolutku, minimalnie, moje ciało jest tak obolałe, tak poniżone, tak zatrute że mój umysł może w końcu być wolny.

Lubię ten stan.

Cisza, ja i czas.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz