Myślę o pięknie,
myślę o staraniach niektórych kobiet żeby osiągnąć coś idealnego, choć trochę,
choćby z zewnątrz, podczas gdy i tak są już zgniłe od środka.
Nie jest to
możliwe, przykro mi. Z tego prostego powodu, że tak naprawdę piękno nie kryje
się w idealnie długich nogach, pełnych piersiach, dużych oczach, soczystych
ustach, powłóczystych rzęsach i drobnym nosku.
Piękno to tylko
odzwierciedlenie tego co już nosimy w środku. Jeśli jesteś zgniła, będziesz śmierdziała zgnilizną nawet pod płaszczykiem najdroższych perfum, będziesz
ohydna i odstręczająca, będziesz wzbudzać moją pogardę i żałość, może
niektórych da się oszukać, ale mnie nie.
Wystarczy jedno
spojrzenie.
Jeśli nosisz w
sobie poezję, muzykę, jeśli przymykasz oczy rozmarzona kiedy jesteś sama, jeśli
masz w sobie choćby resztki niewinności, jeśli jeszcze nie jesteś do końca
zbrukana, to widać. Wyrachowana, pusta, świadoma siebie uroda jest niczym, nie
kusi i nie zwodzi, nie imponuje i nie zachwyca.
Możecie się starać,
ale wewnętrznej pustki nie da się przypudrować i wtłoczyć w ładną sukienkę.
Jak to mawiał mój
nauczyciel tanga, Gaste a metade do teu
dinheiro no teu corpo e a outra metade as tuas paixões. Assim
ficas bela por fora e por dentro.
Nie mógł mieć
więcej racji.
Więc rozpaczliwie
staram się ratować to co jeszcze we mnie zostało i powoli, z trudem, começo a ficar bela por dentro.
Rozpadam się na kawałki, nie umiem sobie poradzić. To dziwne uczucie. Kiedy
robię wszystko tak jak należy, ale rezultaty są śmieszne, żałosne. Jestem rozszczepiona,
jest tyle mnie, tyle mnie że już nie wiem gdzie mogłabym się szukać, gdzie
zacząć, gdybym chociaż dostała jakąś małą wskazówkę, jakąś drobną informację od
kogoś komu mogłabym zaufać, ale nie, nie dostaję nic. Także szukam się trochę
po omacku, a może już dałabym sobie z tym spokój? Myślę czasem o prostych
ludziach. Myslę o tym że zazdroszczę głupoty, ignorancji. Różne rzeczy bolą,
ale nie wszystkich, czasem chciałabym móc być prosta, na tyle
prosta żebym przynajmniej ja sama mogła się pojąć, chociaż tak. Choć odrobinę. Leżę
w łóżku i gładzę się po napiętej skórze brzucha. Chyba z oczu ciekną mi łzy, a
może to tylko myśli. Nieważne.
Kochana.
Patrzę w sufit i zauważam na nim pająka. Lubię pająki, a ten jest w dodatku
całkiem zabawny. Naprawdę zabawny, idzie po moim suficie jakby nigdy nic, jakby
nic mu nie groziło, jakby był u siebie. W sumie może jest, może to ja
bezprecedensowo wtargnęłam na jego terytorium i teraz leżę i mimochodem
pieszczę sobie brzuch a pająk mysli, no kurwa, to przecież moje, co ona tu robi.
Może nawet zsunie się z sufitu i wyląduje na moim łóżku, chcąc pokazać mi że
nie mogę sobie tak po prostu na wszystko pozwalać.
A może przyjdzie w
nocy, kiedy już zasnę.
W każdym razie póki
co sunie powoli po suficie i wygląda jakby kwestie własności tego lokalu miał
głęboko gdzieś. Zresztą, ja też jestem tu przecież tylko na chwilę.
Są dziwne. Ledwo je
widać pod skórą, mimo że ta jest biała i cieniutka, cienka jak pergamin. Żyły
mają jakiś dziwny kolor, siny, niezdrowy. Zupełnie inny niż krew która się w
nich skrywa.
To wszystko takie
dziwne.
Myślę czasem o tym
żeby je otworzyć. Nie, nie po to żeby się zabić, absolutnie nie. Po prostu po
to żeby zobaczyć jak krew wypływa z nich i formuje przyjemny dla oka kontrast z
tymi dziwnie sinymi żyłami i cienką, białą skórą.
Skórą jak z
papieru. Moja skóra, papierowa. Moja skóra, cieniuka.
Skupiam się na moim
nadgarstku i przyglądam mu się tak mocno, tak uparcie, tak zapalczywie jakby za
chwilę coś miało się wydarzyć, jakby moje żyły miały postanowić że wypełzną na
wierzch, zupełnie same, bez niczyjej pomocy, i zaczną spływać delikatną
czerwienią. Jakby miało stać się coś nieoczekiwanego. Coś czego absolutnie nie
mogę przegapić.
Więc wpatruję się w
nie.
Znam osoby które
się pocięły. W większości były to dzieciaki, głupie nastolatki które w ramach
buntu kaleczą się a gdy już trafiają do szpitala, oh, mamusiu, tak cię kocham,
tak was przepraszam, nie chciałam, kocham cię, już nigdy się nie powtórzy, tak,
oczywiście, wiem że was przetraszyłam, tak mi przykro, kocham cię, kocham.
O nie.
Nie jestem taka.
Nie będę pozbawiać się tego co płynie w moich żyłach dla zdobycia chwili
ogólnej atencji. A jednak zastanawiam się nad tym w jaki sposób ludzie się tną.
Dzieciaki zazwyczaj w poprzek nadgarstka, przecinają zresztą w ogromnej
większości przypadków tylko skórę, boją się czegoś więcej. Nie, nie. Żyły
powinno się otwierać wzdłóż, tak by wypływało jak najwięcej krwi. Zresztą,
jeśli ktoś naprawdę chce się zabić to przecież może przeciąć sobie tętnicę
udową, może nawet tą na szyi, wykrwawi się szybko, skutecznie, całkowicie. Raz
na zawsze.
Lubię zdecydowanych
ludzi. Ci pseudosamobójcy są co najmniej żałośni.
Gładzę się po
nadgarstku, podciągam bluzkę i przyglądam się mojej ręce z zaciekawieniem,
jakbym widziała ją po raz pierwszy w życiu.
Jest mi tak
niedobrze.
Opieram głowę o
ścianę i staram się oddychać. Jednak wystarczy jeden głęboki wdech nosem a mój
żołądek szarpie się, zrywa i pochylam się w spazmach, choć już nie wymiotuję.
Chyba boli mnie
głowa.
Gdzieś z daleka
słyszę muzykę. Jest już późno, właściwie to może wcześnie? Może czwarta, piąta
rano?
A może jeszcze nie
ma północy.
Nie, chyba jednak
jest już późno, bo ucichły śmiechy, ktoś włączył psychodelicznego rocka, od
czasu do czasu słychać ciche rozmowy, pewnie o czymś ważnym.
Niedobrze mi.
A jednak w jakimś
stopniu lubię ten stan. To zmęczenie, szum w uszach, ból całego ciała,
nieprzytomność umysłu. Moje ciało nie zareagowało dobrze na oddychanie więc
wracam do płytkich, urywanych wdechów, moja pierś prawie się nie unosi, nic nie
słychać. Kto wie, może nawet gdyby ktoś podstawił mi lusterko pod nos nie
osiadłaby na nim para z oddechu. Zgon. Rozśmieszyła mnie ta myśl. Żyję sobie
powolutku, minimalnie, moje ciało jest tak obolałe, tak poniżone, tak zatrute
że mój umysł może w końcu być wolny.