czwartek, 30 października 2014

Może jednak

Jestem sobie powolutku. Tylko troszkę. Prawie jakby mnie nie było.

Znowu wydałam ostatnie pieniądze na alkohol. Znowu skończę tę noc gdzieś na mieście, udając, że wszystko jest tak w porządku.

Coś toczy mnie od środka.

Moje dłonie są coraz zimniejsze.

Moje serce coraz częściej niezdrowo przyśpiesza.

Może jednak umrę tak jak chciałam, młodo, jak Byron, jak James Dean.

Może to już niedługo.

Chyba jesteśmy do siebie podobni. Pewne rzeczy jednak dostaje się w genach.

Zanurzam się w czerni.



środa, 29 października 2014

She walks in beauty

Myślę o pięknie, myślę o staraniach niektórych kobiet żeby osiągnąć coś idealnego, choć trochę, choćby z zewnątrz, podczas gdy i tak są już zgniłe od środka.

Nie jest to możliwe, przykro mi. Z tego prostego powodu, że tak naprawdę piękno nie kryje się w idealnie długich nogach, pełnych piersiach, dużych oczach, soczystych ustach, powłóczystych rzęsach i drobnym nosku. 

Piękno to tylko odzwierciedlenie tego co już nosimy w środku. Jeśli jesteś zgniła, będziesz śmierdziała zgnilizną nawet pod płaszczykiem najdroższych perfum, będziesz ohydna i odstręczająca, będziesz wzbudzać moją pogardę i żałość, może niektórych da się oszukać, ale mnie nie.

Wystarczy jedno spojrzenie.

Jeśli nosisz w sobie poezję, muzykę, jeśli przymykasz oczy rozmarzona kiedy jesteś sama, jeśli masz w sobie choćby resztki niewinności, jeśli jeszcze nie jesteś do końca zbrukana, to widać. Wyrachowana, pusta, świadoma siebie uroda jest niczym, nie kusi i nie zwodzi, nie imponuje i nie zachwyca.

Możecie się starać, ale wewnętrznej pustki nie da się przypudrować i wtłoczyć w ładną sukienkę.
Jak to mawiał mój nauczyciel tanga, Gaste a metade do teu dinheiro no teu corpo e a outra metade as tuas paixões. Assim ficas bela por fora e por dentro.

Nie mógł mieć więcej racji.

Więc rozpaczliwie staram się ratować to co jeszcze we mnie zostało i powoli, z trudem, começo a ficar bela por dentro.








poniedziałek, 27 października 2014

Red right hand

Jest zimno. 

Rozpadam się na kawałki, nie umiem sobie poradzić. To dziwne uczucie. Kiedy robię wszystko tak jak należy, ale rezultaty są śmieszne, żałosne. Jestem rozszczepiona, jest tyle mnie, tyle mnie że już nie wiem gdzie mogłabym się szukać, gdzie zacząć, gdybym chociaż dostała jakąś małą wskazówkę, jakąś drobną informację od kogoś komu mogłabym zaufać, ale nie, nie dostaję nic. Także szukam się trochę po omacku, a może już dałabym sobie z tym spokój? Myślę czasem o prostych ludziach. Myslę o tym że zazdroszczę głupoty, ignorancji. Różne rzeczy bolą, ale nie wszystkich, czasem chciałabym móc być prosta, na tyle prosta żebym przynajmniej ja sama mogła się pojąć, chociaż tak. Choć odrobinę. 

Leżę w łóżku i gładzę się po napiętej skórze brzucha. Chyba z oczu ciekną mi łzy, a może to tylko myśli. Nieważne. 

Kochana.

 Patrzę w sufit i zauważam na nim pająka. Lubię pająki, a ten jest w dodatku całkiem zabawny. Naprawdę zabawny, idzie po moim suficie jakby nigdy nic, jakby nic mu nie groziło, jakby był u siebie. W sumie może jest, może to ja bezprecedensowo wtargnęłam na jego terytorium i teraz leżę i mimochodem pieszczę sobie brzuch a pająk mysli, no kurwa, to przecież moje, co ona tu robi. Może nawet zsunie się z sufitu i wyląduje na moim łóżku, chcąc pokazać mi że nie mogę sobie tak po prostu na wszystko pozwalać.

A może przyjdzie w nocy, kiedy już zasnę.

W każdym razie póki co sunie powoli po suficie i wygląda jakby kwestie własności tego lokalu miał głęboko gdzieś. Zresztą, ja też jestem tu przecież tylko na chwilę.

Jak zawsze.


niedziela, 26 października 2014

Sometimes it feels like...

Patrzę na moje żyły.

Są dziwne. Ledwo je widać pod skórą, mimo że ta jest biała i cieniutka, cienka jak pergamin. Żyły mają jakiś dziwny kolor, siny, niezdrowy. Zupełnie inny niż krew która się w nich skrywa.

To wszystko takie dziwne.

Myślę czasem o tym żeby je otworzyć. Nie, nie po to żeby się zabić, absolutnie nie. Po prostu po to żeby zobaczyć jak krew wypływa z nich i formuje przyjemny dla oka kontrast z tymi dziwnie sinymi żyłami i cienką, białą skórą.

Skórą jak z papieru. Moja skóra, papierowa. Moja skóra, cieniuka.

Skupiam się na moim nadgarstku i przyglądam mu się tak mocno, tak uparcie, tak zapalczywie jakby za chwilę coś miało się wydarzyć, jakby moje żyły miały postanowić że wypełzną na wierzch, zupełnie same, bez niczyjej pomocy, i zaczną spływać delikatną czerwienią. Jakby miało stać się coś nieoczekiwanego. Coś czego absolutnie nie mogę przegapić.

Więc wpatruję się w nie.

Znam osoby które się pocięły. W większości były to dzieciaki, głupie nastolatki które w ramach buntu kaleczą się a gdy już trafiają do szpitala, oh, mamusiu, tak cię kocham, tak was przepraszam, nie chciałam, kocham cię, już nigdy się nie powtórzy, tak, oczywiście, wiem że was przetraszyłam, tak mi przykro, kocham cię, kocham.

O nie.

Nie jestem taka. Nie będę pozbawiać się tego co płynie w moich żyłach dla zdobycia chwili ogólnej atencji. A jednak zastanawiam się nad tym w jaki sposób ludzie się tną. Dzieciaki zazwyczaj w poprzek nadgarstka, przecinają zresztą w ogromnej większości przypadków tylko skórę, boją się czegoś więcej. Nie, nie. Żyły powinno się otwierać wzdłóż, tak by wypływało jak najwięcej krwi. Zresztą, jeśli ktoś naprawdę chce się zabić to przecież może przeciąć sobie tętnicę udową, może nawet tą na szyi, wykrwawi się szybko, skutecznie, całkowicie. Raz na zawsze.

Lubię zdecydowanych ludzi. Ci pseudosamobójcy są co najmniej żałośni.

Gładzę się po nadgarstku, podciągam bluzkę i przyglądam się mojej ręce z zaciekawieniem, jakbym widziała ją po raz pierwszy w życiu.

Jest mi tak niedobrze.

Opieram głowę o ścianę i staram się oddychać. Jednak wystarczy jeden głęboki wdech nosem a mój żołądek szarpie się, zrywa i pochylam się w spazmach, choć już nie wymiotuję.

Chyba boli mnie głowa.

Gdzieś z daleka słyszę muzykę. Jest już późno, właściwie to może wcześnie? Może czwarta, piąta rano?

A może jeszcze nie ma północy.

Nie, chyba jednak jest już późno, bo ucichły śmiechy, ktoś włączył psychodelicznego rocka, od czasu do czasu słychać ciche rozmowy, pewnie o czymś ważnym.

Niedobrze mi.

A jednak w jakimś stopniu lubię ten stan. To zmęczenie, szum w uszach, ból całego ciała, nieprzytomność umysłu. Moje ciało nie zareagowało dobrze na oddychanie więc wracam do płytkich, urywanych wdechów, moja pierś prawie się nie unosi, nic nie słychać. Kto wie, może nawet gdyby ktoś podstawił mi lusterko pod nos nie osiadłaby na nim para z oddechu. Zgon. Rozśmieszyła mnie ta myśl. Żyję sobie powolutku, minimalnie, moje ciało jest tak obolałe, tak poniżone, tak zatrute że mój umysł może w końcu być wolny.

Lubię ten stan.

Cisza, ja i czas.